Clive Christian C for Men – smell of hell

Czy zastanawialiście się kiedyś jak może wyglądać życie po śmierci? Co dzieje się z ludzką duszą po zakończeniu ziemskiej egzystencji? Gdzie trafi osoba „prawa i sprawiedliwa” ;) a dokąd uda się niegodziwiec i łotr? Jeżeli wierzyć katolickiemu dogmatowi czekają nas (grzeszników) trzy opcje – piekło, niebo oraz czyściec. Dwa ostatnie warianty zostawmy sobie na inny termin, dziś zajmijmy się zdecydowanie najciekawszą „drogą”… Jak opisać hades/hell/inferno (wg Dantego Alighieri dzielące się na 9 kręgów piekło to miejsce dla dusz ciepiących straszliwe/niewyobrażalne męki) Warto wierzyć średniowiecznemu poecie? Współczesna wizja „czeluści zła” to mroczna sfera, pełna ludzkiego bólu, ognia i smoły. Trafiają tu najgorsi, najokrutniejsi zwyrodnialcy, grrrr… Zapytacie jak to się ma do czystego/anielskiego zapachowego półświatka? Uważam, że w naturze wszystko ma swoje przeciwieństwo (drugą tożsamość). Głęboko skrywana, gorsza/podlejsza odmiana (ja) – podobnie jest z perfumami. Mój najnowszy (pełnowymiarowy) zakup - Clive Christian C for Men. Demon, czart, bies, wilk w owczej skórze… Niepozorny, czerwony, designerski flakon skrywa czyste zło. Bukiet jest niezwykle bogaty, wysmakowany. W otwarciu dominuje agar (w zasadzie czuję samą żywicę w wielu odmianach). W dalszej kolejności – owoce (truskawka, cytrusy) + balsamiczna słodycz w postaci bobu tonka, wanilii czy kardamonu. Nie zapomniano o fanach przyprawowo-drzewnych klimatów. Co więcej w kompozycji, na którą przyszło czekać fanom twórczości angielskiego kreatora całe 10 lat, wyraźnie wyczuwa się także posmak skóry oraz tytoniu! Producent zapewnia, że przy aranżowaniu finalnego kształtu perfum użyto ponad 30 składników!!! Ja czuję tu niemal wszystko (co do tej pory poznałem) w ilości full!!! Kontrastowość, nieszablonowość, kontrowersyjność – te słowa najlepiej oddają charakter pachnidła. Takiego dymu, ognia powstydziłby się niejeden pożar… ;) Woń rozwija się dość linearnie (żar towarzyszy nam bite 10 godzin). Dopiero drydown przynosi ulgę - pozbawione dymu nuty owocowo-kwiatowe rozjaśniają nam nieco wizję odrodzenia (perfumowego czyśćca). Czerwony Clive utrzymuje się na skórze cały „Boży” dzień – nie potrzeba wwąchiwać się w nadgarstek, piekło jest wszędzie… Moc – dajcie mi już „święty” spokój… Komu dedykowany jest C for Men? Zdegenerowany, zepsuty, królewsko bogaty, „rogaty” typ. „Lasciante ogni speranza, voi ch`entrate”/podobieństwa – Dior Fahrenheit vintage, Nasomatto Black Afgano, Amouage Fate Man, Tom Ford Tuscan Leather/

Nos: Geza Schoen

Wprowadzono na rynek: 2010

Nuty zapachowe:

 

Clive Christian C for Men – smell of hell (90.00%) 10 votes

3 odpowiedzi na „“Clive Christian C for Men – smell of hell””

  1. Duende pisze:

    Otwarcie bardzo przypomina mi Blood Concept Black 0. W składzie wspólnym mianownikiem jest ambra i skóra, więc musi to być coś jeszcze… czyżby cytrusy – raczej nie… Co to takiego ? Może tylko własne, niepoparte niczym konkretnym skojarzenia ?
    Clive Chrystian C for Man jest zdecydowanie bardziej bogaty i rogaty. Więcej składników, ciekawsze brzmienie, zdecydowanie lepsza trwałość, no i piękne zakończenie, a przecież często po tym poznajemy klasę ! Cena niestety też przez duże C, więc pewnie jako substytut tego „piekielnego luksusu” można zafundować sobie „czyściec” za połowę ceny w postaci BCB 0.
    Ja jednak nie lubię półśrodków i cieszę się, że było mi dane przetestować prawdziwy „Smell of Hell” od samego „Diabła” :) Warte grzechu piekło w nowoczesnym wydaniu :)

  2. jeżeli duże wrażenie pozostawił po sobie „czerwony” męski Clive…
    to odsyłam do Amouage Opus VII :)

  3. Jack pisze:

    Bardzo fajny opis. Gratuluję. Zgodzę się co do wielkiego podobieństwa z Tuscan Leather Toma Forda, właśnie mam obydwa zapachy na nadgarstku. Czysta, wysokogatunkowa skóra, mocna i od początku wyczuwalna. U Forda słodzona maliną ponoć, tu ponoć truskawką. W sumie ta sama rodzina botaniczna :) I tu się całkowicie zgadzam i podpisuję się obydwoma rękoma! Black Afgano to całkowicie inny zapach i pod żadnym względem nie przypomina obydwu wymienionych skórzaków, natomiast Fade – piękna od początku do końca, bardzo długiego końca, intensywna, lekko podgrzana – kurkuma. Też jak dla mnie całkiem inny zapach.

Dodaj komentarz