Dior Fahrenheit vintage – napiętnowany
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Ponadczasowy przedreformulacyjny Dior Fahrenheit to kompozycja wobec, której żaden szanujący się „perfumoholik” nie może przejść obojętnie. Premiera zdobytego przeze mnie (w wielkich trudach) dekantu miała miejsce jeszcze w poprzednim ustroju politycznym – dawno nie widziany mroczny, komunistyczny duch wydaje się znów obecny 😉 Wrrrr! Przez te wszystkie lata zmieniał świat i nasza rzeczywistość, czterokrotnemu przekształceniu ulegał także dziś testowany produkt (lata kolejnych ingerencji – 1994, 1998, 2006, 2012 – płyn znajdujący się obecnie na rynku). I choć następujące po sobie aktualizacje/operacje dokonywane „na żywym” organizmie są wyczuwalne – wyraźnie (w stosunku do pierwszej wersji) utemperowano/ugrzeczniono parametry użytkowe (trwałość, moc, projekcję) to w dalszym ciągu istota (tożsamość) nieposkromionego, agresywnego klasyka jest „tu” mocno wyczuwalny. Fahrenheit jest niestety odosobnionym przykładem pachnidła, któremu lata nie wyrządziły zbyt dużej krzywdy. Zapytacie – czym testowany zaskarbił sobie ogromną miłość milionów? Odpowiadam – charyzmą/charakterem! Dawno nie przychodziło mi się mierzyć z tak konkretnym i nie pozostawiającym złudzeń pachnidłem. Nie ma tu miejsca na kurtuazję, dżentelmenerię  – odór (bez pardonu) bierze dla siebie „tyle” ile uda mu się rzewnie podoba. Początkiem (aromatyczną bazą) wszystkiego jest szorstka/surowa/niewygarbowana skóra, wsparta mocno-kwiatowym towarzystwem (lawenda+fiołek) oraz egzotycznym sandałowcem. Takie zestawienie zapewnia kompozycji charakterystyczny/niespotykany dotąd inauguracyjny szlif. Wielce ekspresyjne otwarcie odbieram jako woń palonego drewna, którego zarzewiem stała się wysokooktanowa benzyna. Zewnętrznych (sensualnych) bodźców przekazywanych w tym „procesie” nie da się do końca oddać na papierze – uwierzcie mi, że jest co testować! Upływający czas przynosi jeszcze większą aromatyczną głębię. Zaczynamy teraz obcować na dwóch równoległych płaszczyznach – jednej kwiatowo/dymnej oraz drugiej ostro/przyprawowej. Odór nie traci na mocy, wręcz przeciwnie w dalszym ciągu ostrzy kły i pazury (wyraźne dziko-animalistyczne nawiązanie). Jednoznacznie przemawia do mnie tętniące z wnętrza ciepło i wyrachowanie. Sugerowany przez producenta skład perfum obejmuje 20 składników, dlatego mocno dociekliwi/zaoferowani, odnajdą jeszcze kwaśne owoce cytrusowe, słodycz fasoli tonka czy ziemistość Haitańskiej wetywerii. Produkt o przeznaczeniu jesienno-zimowym dedykowany twardym, mocno stąpającym po ziemi zimnym draniom. Płynna „rozpałka do grilla” dodatkowej reklamy nie potrzebuje, wszak znajduje się w ciągłej sprzedaży od grubo 20-stu lat! Facetom wahającym się przed testem/zakupem jedynie powiem, że Fahrenheit jest jak zadbana, hojnie obdarzona przez naturę (doświadczona) kochanka, do której instynktownie lgniemy w poszukiwaniu dzikszych/wysmakowanych chwil cielesnego uniesienia. Gorąco polecam!

Nos: Jean-Louis Sieuzac oraz Maurice Roger

Wprowadzono na rynek: 1988